środa, 20 lutego 2013

12. Arkadij i Borys Strugaccy - Piknik na skraju drogi


Tytuł: Piknik na skraju drogi
Autorzy: Arkadij i Borys Strugaccy
Rok wydania oryginalnego: 1972
Wydawnictwo Literackie, Kraków
Stron; 176

Okładkę podkradłam z edycji Prószyńskiego i Spółki, bo po prostu nie wiem jaką dokładnie miało ,,moje" wydanie, już dawno zostało oprawione ponownie, bo pochodzi z 1977 roku, ma więc 10 lat więcej niż ja. Na temat estetyki nie będę się zatem wypowiadać i od razu przejdę do meritum.

Przyznaję, że zrecenzowanie ,,Pikniku na skraju drogi" to zadanie karkołomne i skoro już nawet sam Lem zdążył popaść w zachwyty nad tą powieścią i ją w mniejszym czy większym stopniu omówić, wymyślanie jakichś interpretacji po 40 latach od wydania może być śmieszne. Zatem tylko o moich odczuciach względem ksiązki. Nie jestem jeszcze na tyle obyta z klasyką z science-fiction, bym mogła się targnąć na bardziej ambitną analizę, bo po prostu w tym momencie ,,Piknik..." jeszcze mnie przerasta.

Sięgnęłam po powieść Strugackich po to, by zapoznać się z kamieniem węgielnym gatunku.  O ile bowiem w fantasy jestem dość obyta, tak ze Science-fiction u mnie znacznie gorzej. Dopiero poznaję podstawy: Diuna, Gra Endera.. przyszedł czas na Strugackich. Przyznaję, że chciałam poznać pierwowzór postaci Stalkera poznanej...no jakże by inaczej m.in. w Metro 2033.

I poznałam. Z tym, że  stalker Strugackich i stalker Głuchowskiego to jednak zupełnie inne postaci. W ,,Pikniku..." z profesją stalkera zapoznajemy się jednocześnie poznając historię Reda Shoeharta, który przedostaje się do Strefy. Ta zaś jest miejscem, w którym wylądowali Przybysze. Jak wylądowali, tak zniknęli zostawiając ludzkości sześć Stref, które na początku przerażały ludzi, później zaś zaczęły ich fascynować, z czasem zaś stały się źródłem skarbów. Z tym, że Strefa jest jak jama smoka... nie każdy może tam wejść, by zabrać jej skarby, docierają do niej nieliczni, a jeszcze mniej licznym udaje się wyjść z niej z życiem. Stalkerzy dla zarobku i godziwego życia ryzykują jeszcze bardziej... udaja się do Strefy często po ciemku, bez zabezpieczeń, np, skafandrów... Poza tym w jamie smoka znajdują się nie tylko skarby... te często są obłożone klątwą.
W taki właśnie dość prosty sposób można odczytać ,,Piknik..." byłoby to jednak zbyt proste odczytanie, nie różniłaby się bowiem niczym od baśni o zdobywaniu tego co cenne po pokonaniu przciwieństw. Powieść bowiem roi się od pytań ciężkiego kalibru; egzystencjalnych - dotyczących słabej kondycji człowieka, kosmogonicznych - o naturę powstania, a nawet metafizycznych. Jednym z ważniejszych pytań stawianych przez Strugackich jest to, jak człowiek poradziłby sobie w wyniku kontaktu z czymś/ kimś od niego potężniejszym, Obcą, bardzo inteligencją formą życia czy nawet Bóstwem - można bowiem i tak odczytać ,,Piknik..." jako opowieść o ludziach, którzy doświadczając absolutu, a właściwie tylko jego niezwykle małej części, nie wiedzą o tym. Bardzo mi się podoba stwierdzenie padające na okładce niektórych wydań ,,Pikniku..." mianowicie takie, że stalkerzy są jak mrówki dotykające stóp Bóga. Wreszcie można też odczytywać powieść Strugackich jako hiperbolę ludzkiego losu, który nieprzerwanie dąży do spełnienia swoich nadziei, który dąży do przetrwania mimo wszystko, który potrafi się dostosować do wszystkiego - chyba właśnie ten aspekt stalkerowski najpełniej rozbrzmiewa u Głuchowskiego.

Dodaj też, że pomimo tego, że książka jest cienka i niewiele jest w niej akcji, bardzo mi się spodobała nie tylko pod względem jej wymowy, ale także treści. Koniec jest zaskakujący, zwłaszcza, kiedy uświadomiłam sobie jak bardzo zmienił się Red i na co się odważył w ostatnim rozdziale... Także ostatnia scena robi wrażenie. Podobnie jak wytłumaczenie tytułu.
Podsumowując, ocena końcowa: 9/10 i gorące polecenia.
 
 

niedziela, 10 lutego 2013

11. Leonie Swann - Sprawiedliwość owiec

 

Tytuł: Sprawiedliwość owiec
Autorka: Leonie Swann
Rok wydania: 2011 (2005)
Wydawnictwo: Amber
Stron: 380

Słów kilka o samym wydaniu. Nie ma się czego przyczepić. Jest to bowiem dobrze skomponowana całość. Bardzo mi się spodobało zastosowanie owieczki jako przewodniego motywu graficznego. Nie zauważyłam też żadnych literówek itp. błędów, dzięki czemu nic nie odrywa czytelnika od samej treści.

A o tej można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest nudna. Muszę przyznać, że podchodziłam do tej książki jak do jeża. Słyszałam wprawdzie wiele pozytywnych opinii na jej temat, ale też w swoim czasie miałam okazję ze zdumieniem obserwować jak moje koleżanki ze studiów zaczytują się w kolejnych tomach ,,Zmierzchu". Innymi słowy, pozytywne opinie można czasem sobie włożyć między bajki, żeby nie powiedzieć, że w nos. Tym razem jednak takie głosy, a nawet pochwały na okładce nie okazały się złudne. ,,Sprawiedliwość owiec" to bowiem  naprawdę rozrywka intelektualna na wysokim poziomie, a jednocześnie pobudka do głębszych rozmyślań na różne tematy.

Od powieści Leonie Swann odstraszał mnie jej podtytuł; filozoficzna powieść kryminalna. Po pierwsze nie lubię kryminałów, bo rzadko który potrafi zaskoczyć, a po drugie mało wnoszą w moje życie, światopoglądy czy wiedzę. Nie lubię też nachalnego filozofowania. Wydawało mi się więc, że z połączenia filozofii oraz kryminału nie może wyjść nic dobrego. Trochę się nawet uprzedziłam do tej książki, sądząc, że będzie albo marna pod względem zagadki kryminalnej, albo  kulawa na polu filozofii.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Zagadka kryminalna wciąga już od pierwszych słów, w których to Sir Ritchfield stwierdza, ża pasterz ich stada nie umarł z powodu choroby, bo szpadel to nie choroba.  Autorka w umiejętny sposób podsuwa czytelnikowi różnych podejrzanych, odsłania elementy układanki, a nawet zwodzi go bezczelnie za nos, jak małe jagnię. Kiedy już się jest pewnym, że mordercą jest dana osoba, otrzymuje się kolejny trop, porcję wiadomości. Niekiedy można mieć wrażenie, że autorka wraz z owieczkami przedstawionymi na kartach powieści wręcz naśmiewa się z niewiedzy czytelnika. I dobrze! Cóż to za kryminał, w którym od początku można zgadnąć, kto zabił!

A jak wygląda filozofowanie?  Z pewnością nie jest nachalne. Wprost przeciwnie. Powiedziałabym nawet, że autorka skłania do refleksji mimochodem, w sposób bardzo subtelny, niekiedy pewnie  niezauważalny. Wyśmienicie operuje symboliką, a także w usta, czy też pyszczki owiec wkłada mądre pytania. Np. zastanawiając się czy ludzie mają dusze, skłania człowieka do refleksji na temat tego, skąd my możemy mieć pewność, że zwierzęta jej nie mają? Kto nam daje prawo je oceniać pod tym kątem? Niektóre sceny to wręcz prawdziwe perełki, np. ta w której Biały Wieloryb utyka w dziurze w ścianie stodoły. Połową ciała pozostaje w stodole, drugą jest już na zewnątrz. Można to odczytywać na kilka sposobów, np, jako rozerwanie człowieka między ciało i duszę, przebywanie duszy między życiem, a śmiercią, czy nawet jako czyściec - interpretacja dowolna. Takich scenek jest w powieści więcej.

Zdecydowanie największą zaletą tego filozoficznego kryminało jest jednak to, że wszystko to zostało przedstawione w sposób lekki. Humor aż tryska z kart ,,Sprawiedliwości owiec", a spersonifikowane owieczki są przezabawne. Słuchowisko czytane na falach Radiowej Trójki podobno doprowadzało do łez śmiechu tysiące Polaków. Jestem w stanie to uwierzyć, bo stado George'a jest po prostu urocze - jest to chyba najlepsze określenie. Nawet ich imiona są zabawne, a sposób w jaki owieczki interpretują to co dla człowieka jest oczywiste, może doprowadzić do gromkich wybuchów śmiechu.

Podsumowując: Sprawiedliwość owiec to meeeeeeega dobra książka. Najlepiej by się ją  pewnie czytało, leżąc na kocyku na trawie, ale lektura dozwolona, a nawet zalecana wszędzie i zawsze
Ocena końcowa: 8,5/10

piątek, 1 lutego 2013

10. Marie Lu - Rebeliant

Tytuł: Rebeliant
Seria: Legenda
Autorka: Marie Lu
Rok wydania: 2012
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Stron: 299

Słów kilka o wydaniu. Nie podoba mi się. Niby jest estetycznie i dość dobrze zrobione, ale nie podoba mi się to jak w sztuczny sposób rozepchano powieść do aż 300 stron. To samo można by wydać w formacie identycznym jaki posiadają ,,Igrzyska śmierci". No, ale po co. Lepiej rypnąć czcionkę jak dla niedowidzących w rozdziałach o Dayu i wielkie napisy Day/June na początku każdego zjadające pół strony i z 220-230 stron robi się 300, a klient zapłaci więcej. 

A poza tym irytuje mnie to, że tłumacz pozostawił całe mnóstwo powtarzających się ,,jednakże". Czasem nawet na jednej stronie. No, albo sam tak przetłumaczył, bo aż z ciekawości sięgnęłam do oryginału i nie wiedziałam tam nadmiaru ,,hołewerów" itd. Trzeba jednak przyznać, że oryginał i tłumaczenie stoją na podobnym poziomie.

A teraz już przejdźmy do samej treści. Na skrzydełku książki można przeczytać: Marie Lu napisała Rebelianta pod wpływem Wiktora Hugo. Pewnego dnia oglądając ekranizację Nędziników, zaczęła się zastanawiać nad relacją między znanym kryminalistą, a detektywem. W ten sposób narodziła się June i Day (chyba: ,,narodzili się"! przypis L.CH) oraz ich historia oparta na tej relacji.

Proszę wybaczyć, ale na tak górnolotne motywowanie tej powieśći poniekąd parskam śmiechem i ciśnie mi się na myśl ,,Toś wymodziła kobieto, lepiej sobie obejrzyj ,,Vidocqa", tam dopiero masz relację kryminalista - detektyw". Dlaczego? Bo relacja Day'a i June jest tak przewidywalna jak płascy są oni sami. Już po pierwszych trzech rozdziałach można się domyślić jak owa relacja się rozwinie, a nawet jak zakończy się tom. I zgadnijcie, nie pomyliłam się prawie wcale!

Ciąg wydarzeń nie zaskakuje w ogóle. Osobiście może ze cztery razy miło zaskoczona stwierdziłam: o, to jest nawet ciekawe rozwiązanie, a i tak mam wrażenie, że autorce wyszło to przypadkiem, bo nie są to istotne rzeczy. Mam bowiem na myśli m.in.  to co kryje się w medalione - spodobało mi się to chociaż jest nieco patetyczne, aż się łezka w oku kręci oraz to w jaki sposób June odkryła prawdę - wprawdzie tu z kolei mamy motyw niczym z Kodu Leonardo da Vinci, ale całkiem nieźle tu pasuje.  Osobiście zaciekawiły mnie też dalsze losy Edena i Tess i to chyba bardziej ze względu na nich sięgnę po kontynuację, bo tego co się będzie działo z głównymi bohaterami w dalszej częściach można się domyślić nawet po ich tytułach: Wybraniec i Patriota. Wcale nie są wszystko mówiące, tak samo jak Rebeliant.

Rebelianta porównuje się z ,,Igrzyskami śmierci". Jedyny związek jaki widzę to młodzi bohaterowie oraz dystopia, niezbyt udanie zobrazowana zresztą. Powieść Collins nie jest może arcydziełem, ale trzeba przyznać, że jakąs tam wartośc ma, a autorka stworzyła frapujący obraz dystopii, a przede wszystkim życia w niej. Poza tym można odczytać Igrzyska jako ostrą krytykę na media oraz dyktaturę. W Rebeliancie Republika i problemy polityczne zostały potraktowane po macoszemu. Ktoś powie: Hola, a kwestia epidemii? Prób?  No owszem są, co nie zmienia faktu, że pozostają tłem opowieści o ckliwej miłości nastolatków, którzy zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia.  To nie Republika i nie walka z systemem są tu najważniejsze.  Najważniejsze są tu osobiste pobudki no i oczywiście to, że Day jest ,,ładniusi" a June taaaaaka piękna. Być może autorka rozwinie tę kwestię, ja być może zmienię zdanie na temat jej twórczości. Na razie niestety twierdzę, że całe te dystopijne tło, ma być tylko zagraniem marketingowym, bo przecież romans nieszczęśliwej pary buntowników w innej otoczce by się nie sprzedał.

No i właśnie sam romans. Jest wręcz śmieszny i oklepany jak rymy częstochowskie. Znów porównam do Igrzysk, ale tam przynajmniej ten cały romans (poza tym, że nie był głównym tematem!) jakoś się rozwijał i chociaż wahania: a może, a może nie Katniss, były momentami nudne, to były i tak bardziej prawdziwe niż obraz, który zafundowała nam Marie Lu. Dwójka geniuszy, było nie było, spotyka się na ulicacach, nie poznaje się, a przynajmniej ona jego, ale nagle pstryk, zakochali się w sobie. Szast prast, miłość szybsza niż zarażenie grypą! No jak bym oglądała telenowelę meksykańską. A scena pierwszego pocałunku była tak miałka, że już dawno nie czytałam czegoś tak marnego.

Podsumowując: mamy pomysł, który mógłby być dobry oraz jak na razie zmarnowany potencjał. Książka jest nastawiona na średnio wyrobionego czytelnika, któremu wystarczą schematy, a że zna je z 10 innych książek, to nieważne. Widać, że autorka pisze  gry komputerowe, bo tam nie musi skupiać się na postaciach i na ich uczuciach, a to jej w ogóle nie wyszło. Sam Rebeliant byłby dobrym opowiadaniem - takim na 40-50 stron, a tak niestety jest powieścią komercyjną.

Ocena końcowa;  -5/10. Po kolejną część pewnie sięgnę, ale bez wielkich oczekiwań. Naciągnięte pięć nie jest świetną zachętą do kolejnej części.

A tak w ogóle to recenzję napisałam w ramach wyzwania Czytam Fantastykę, do którego się zgłosiłam. Więcej przeczytać można tutaj

czwartek, 24 stycznia 2013

9. Ewa Białołęcka - Wiedźma.com.pl




Tytuł: Wiedźma.com.pl
Autorka: Ewa Białołęcka
Rok wydania: 2008
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Stron: 357 (tylko)

Już po raz trzeci opisuję tutaj książki z Fabryki Słów: Parodksy, 
Nightside nie będę się więc powtarzać, wystarczy chyba, że wspomnę, że na wydanie zasadniczo nie ma co narzekać. Ilustracje i okładka nie bardzo mi mi się podobają, ale też widziałam dużo gorsze. Zresztą, nawet paskudne ilustracje, nie mogłyby mnie zniechęcić do treści.

Wiedźmę.com.pl dorwałam zupełnym przypadkiem jakieś 10 dni temu w Biedronce. Jako, że Olesiejuk najwyraźniej wyzbywa się asortymentu zalegającego w magazynach w znanej sieci sklepów można było napotkać kosze i stoiska z książkami za 10 zł każda, niezależnie od ich grubości. Stos zauważyłam już stojąc przy kasie i na szybko w nim zanurkowałam, nie mając nawet czasu na czytanie opisów fabuły. Po krótkim wahaniu między jakąs grubaśną przygodową-sensacyjną książką, a Białołęcka, wzięłam właśnią ją. I już mówię co zaważyło na decyzji.

Po 1) Wydawnictwo Fabryka Słów, które wydało całkiem sporo dobrych książek 2)  Jest to fantastyka 3) Nazwisko autorki. Jak wspomnialam, miałam z nią pierwszy kontakt przy okazji lektury książki Ratkiewicz .  Zastanawiałam się nawet czy świetle walory językowe opowieści o Kintarze to tylko zasługa Ratkiewicz czy także doskonałego tłumaczenia Białołęckiej. Po przeczytaniu Wiedźmy.com.pl, jestem pewna, że ta druga też w tym palce maczała, czuć bowiem w niej styl językowy Białołęckiej.
I chwała jej za to. Sama Wiedźma.com.pl zaserwowała mi jakieś dwie nieprzespane noce, kiedy to czytałam do drugiej w nocy.  Dziwię się też, że przy okazji bezsennej nocy nie mieli moi rodzice, bo niekiedy, nie zważając na późną porę nocną wybuchałam gromkim śmiechem. Książka jest bowiem tak humorystyczna, że chyba tylko największy wapniak nie śmiałby się czytając ją. Wapniak, albo wtórny analfabeta, który nie rozumie co czyta, pozostałym gwarantuję dużą porcję smiechu.

Humor to jednak nie jedyny plus powieści. Interesująca jest też sama fabuła. A wszystko zaczyna się od tego, jak to kobieta jak mniemam co najmniej po 30, a może i około 40-stoletnia, mieszkająca ,,na dokładkę" u swoich rodziców wraz ze swym szęscioletenim synkiem Jeremim, dostaje spadek po dalekiej ciotce - dom we wsi, której nawet nie ma na mapie.  To znamy  choćby nawet z Dożywocia - Marty Kisiel, gdzie domorosły pisarz dostaje w spadku dworzysko na jakimś zad... zacofanym wygwizdowie. Co więc tutaj mamy oryginalnego? Dom jest spuścizną po wrednej ciotce - czarownicy, której boją się wszyscy mieszkańcy wsi, nawet pomimo tego, że już umarła, a Reszka w zamian za dom otrzymuje zadanie karkołomne - utrzymać Czcinkę z daleka od cywilizacji - no prawie, że jak Taplary z ,,Konopielki" Redlińskiego.

Jakby tego było mało w samej bohaterce odzywają się moce nadprzyrodzone,  a w związku z tym pojawiają się kolejne zawirowania, w tym dotyczące identyfikacji pewnych zmarłych...  Sama Reszka, jest postacią o silnej osobowości, barwnym sposobie bycia, ciekawych poglądach i pomysłach na rozwiązywanie problemów. Jest główną bohaterką, którą lubi się z miejsca za jej ciętą ripostę, ironię i chłodną głowę, a także wredny charakter.

Cóż my tu jeszcze mamy? Coś w rodzaj romansu, duchy zmarłych, bunkier rodem z Zagubionych w domu cioteczki, makabryczne odkrycia w szafach, na strychach itd, zagadki z przeszłości i sielski klimat. Krótko mówiąc - książkę, która wciąga od początku do końca!

Zdecydowanie polecam! Ocena końcowa 9/10

piątek, 18 stycznia 2013

8. Ursula Le Guin - Czarnoksiężnik z Archipelagu

 


Tytuł: Czarnoksiążnik z Archipelagu
(A Wizard of Earthsea)Cykl: Ziemiomorze
Autorka: Ursula Le Guin
Rok wydania amerykańskiego:  1968
Rok I wydania polskiego: 1983
Rok aktualnego wydania: 2010
Wydawnictwo: Prószyński Media
Stron: 236 

Tym razem dywagacje na temat edytorskich walotrów ominę, z bardzo prostej przyczyny. Nigdy nie miałam ,,Czarnoksiężnika w Archipelagu" w rękach, a powyższe dane podałam tylko dla porządku.  Powieść otwierającą cykl ,,Ziemiomorze" przesłuchałam, gdyż audiobooki również bardzo lubię, a skusiłam się na nią nie tylko ze względu na to, że jest to klasyka, z którą wypadało się zapoznać, ale także z powodu lektora, a czytał tę powieść Roch Siemianowski, którego głos jest chyba moim ulubionym głosem.  Książki czytane przez pana Siemianowskiego przez Piotra Fronczewskiego mogę brać w ciemno. Ich głosy są tak wspaniałe, że chyba mogliby mi czytać książkę kucharską, a i tak bym się rozpływała. Głos pana Siemianowskiego miałam okazję poznać przesłuchując dla odświeżenia treści ,,Wiedźmina", którego czytałam mając jakieś 14 lat. Po 10 latach przesłuchałam go właśnie w realizacji Rocha Siemanowskiego i pokochałam jego głos :)

,,Czarnoksiężnik z Archipelagu" to nie bez powodu klasyka literatury fantastycznej.  Trudno ją zresztą nazwać tylko książką fantastyczną, gdyż byłoby to bardzo duże niedopatrzenie. Powieść ta jest zaliczana do klasyki gatunku, gdyż  osadzona jest w wymyślonym uniwersum Archipelagu, a głównym bohaterem jest mag, jednak równie dobrze można by jej nadać etykietę ,,książka psychologiczna". Czarnoksiężnik daje bowiem całe mnóstwo możliwości interpretacyjnych.

Łatwo się domyślić, że na książce tej prawdziwe używanie mają psychologowie. Mogą do woli inerpretować osobowość Geda, dopatrywać się w niej różnych archetyów, rozkładać na czynniki pierwsze jego osobowość: zarówno ego, id superego i za pewne milion rzeczy, których ja mając tylko pewne szczątkowe wiadomoście psychologiczne, nie umiem dostrzec. W każdym razie, sądzę, że postać Geda można analizować za pomocą chyba wszystkich konceocji psychologicznych, a służą temu zarówno monologi wewnętrze. jak i autorskie opisy behawioralne.

Równie mocno był już pewnie Czarnoksiężnik ,,eskloatowany" przez antropologów: całe mnóstwo ciekawych tematów; zarówno temat magii, jakichś struktur społecznych, mitologia świata stworzonego, temat zła rodzącego się w człowieku, antropomorfizacja tego zła, opieranie się pokusom, Cienia - jako nieodłącznej części ludzkości - i znowu pewnie całe mnóstwo innych.

Zapewne, coś by to znaleźli i filozofowie. Nie bez powodu przecież książkę zachwalał sam Stanisław Lem. Wreszcie, to do czego mi najbliżej, również filologowie zacierają łapki czytając powieść Ursuli Le Guin.  Sama analiza filologiczna to też czysta przyjemność. Czytając historię Geda, z każą stroną uświadamamy sobie jak wiele wspołczesna literatura fantastyczna zawdzięcza Ursuli Le Guin. Wymieńmy tylko kilka motywów, które pojawiają się u autorki, a później również w innych utworach: zapomniane imię Duny u Sapokowkiego, prawdziwe imiona choćby u Paoliniego, starodawna mowa - wielu książkach, zabójczy Cień w tylu różnych ksiązkach, że ciężko zliczyć, ale choćby u Zafona - np. w Światłach Września. Wydaje mi się też, że (mogę się mylić, nie mam pojęcia czy pisarka czytywała Lewisa) z kolei dostrzegam pewną inspirację u samej Le Guin - jedna z ostatnich scen powieści - walki na otwartym morzu, które wydaje się wyspą, jest według mnie bardzo podobna do zakończenia ,,Podróży Wędrowca do świtu", gdzie to pasażerowi z Narnii docierają na kraniec świata, by tam spotkać się z tym co metafizyczne, właśnie na lądzie-nie-lądzie, ale być może to tylko moje luźne spostrzeżenie.

Przyznaję jednak, że sama fabuła jest chwilami nieco nudnawa. Bardziej mi się podobało te rozczytwanie różnych sensów niż sama fabuła. Ta nawet do tego stopnia mnie przynudziła w pewnym momencie, że w bodajże w połowie piątej części odłożyłam ją na ponad miesiąc. Na szczęście wróciłam do niej, bo warto. Trzeba jednak zaznaczyć, że ten kto oczekuje wielkiej akcji, heroicznych czynów, albo krwawych bitew, intryg itd, będzie zawiedziony. W tej książce bardziej chodzi o dojrzewanie, pod względem samych elementów fantastycznych... to Le Guin strzeliła sobie w nogę. Stworzyła na tyle interesujący świat, że przerobiono go w literaturze setki razy, tak, że dzisiaj ten jej, pierwotny świat, wydaje się nudniejszy. Mimo to sięgnę po Grobowce Atuanu, chcę poznać całą historię Geda i Ziemiomorza :)

Ocena końcowa: 7/10

wtorek, 15 stycznia 2013

7. Carlos Ruiz Zafon - Marina


Tytuł: Marina
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Rok wydania hiszpańskiego: 1999
Rok wydania polskiego: 2009
Wydawnictwo: Muza S.A
Stron: 302

Tym razem o samej edycji bardzo niewiele, bo nie ma się czego doczepić. Wszystkie książki Zafona w wydaniu Muzy można brać w ciemno i bez obaw. Ta sama szata graficzna co w innych książkach, duża czcionka ułatwiająca czytanie,  przepiękna okładka z dworzyszczem, o którym tylko patrząc na niego, od razu wiemy, że skrywa jakieś tajemnice, jak wszystkie ksiązki Zafona zresztą. Piękna, romantyczna i tajemnicza okładka. Jedyne co można zarzucić, to to, że trochę sztucznie powiększono rozmiar książki, zostawiając gdzieniegdzie wolne kartki. I to tyle, przejdźmy do meritum czyli treści.

Na ,,Marinę" ostrzyłam sobie pazurki już od dłuższego czasu, gdyż była to dotąd jedyna książka tego autora, której nie przeczytałam. Teraz już pozostaje mi tylko czekać na kontynuację Więźnia Nieba, której już doczekać się nie umiem, a tymczasowo pozostaje pewien smutek. Nie tylko ze względu na zakończenie, które spowodowało, że w a autobusie, w którym kończyłam lekturę tej książki, ledwo się się powstrzymywałam od chlipania, ale też dlatego, że nie wiem jak długo przyjdzie mi czekać na kolejne dzieło Zafona.

Doprawdy, nie wiem jak Zafon to robi, że używając w zasadzie prawie cały czas tych samych motywow i mrocznego anturażu potrafi mnie zachwycić. Jak mówiłam mam już za sobą wszystkie jego książki  i przystępując do lektury kolejnej mogłam się spodziewać, że będziemy mieli tu: tajemnicę, miłość, mroczną Barcelonę i historie sprzed lat, tragiczne śmierci (jakże on lubi uśmiercać bohaterów!), łzawe pożegnania itp. Nie pomyliłam się, ani trochę! Jedyne czego mi brakowało to bardzo częstego motywu u Zafona: silnej więzi rodzeństwa - Thomas i Bea, bohaterowie Pałacu Północy i Księcia Mgły... Nie dziwi mnie też Oscar, który bardzo przypomina Daniela Sempere - zagubiony, nic nie wiedzący chłopak, który z uporem maniaka ładuje się w kłopoty. Wreszcie młoda kobieta, albo dziewczyna... która jest zwiewna, delikatna i mądrzejsza oraz dojrzalsza. Znane? Znane!

Jakże to więc, że mogąc wręcz przewidzieć rozwój wypadków (nawet mnie końcówka nie zaskoczyła! a mimo wszystko chciało mi się wpłakać!) za każdym razem od nowa zakochuję się prozie tego hiszpańskiego mistrza pióra? Nie wiem i nie chcę wiedzieć, bo gdybym się dowiedziała, to pewnie już nie czułabym tej prawdziwej euforii, która ogarnia mnie za każdym razem gdy czytam jego książki. Każda jego książka wciąga od pierwszych zdań. Tym razem też wsiąknęłam zupełnie od pierwszego rozdziału o zagubionym, opuszczonym domu i Kafce - mordercy ptaków.  Zafon swoim plastycznym językiem, pełnym metafor, epitetów i innych środków stylistycznych, a jednocześnie lekkim stylem potrafi tak nakreślić bohaterów i sytuację, że chcę czytać dalej i dalej. Tworzy świat, który koegzystuje na granicy rzeczywistości i snu. Nie wiem czy w Barcelonie przełomu lat 70. i 80. jeździły dorożki - mało mnie to interesuje, faktem jest, że tego dorożkarza Zafon umie opisać tak, że przychodzą Ci na myśl słowa Gałczyńskiego: zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń. Chyba właśnie w tym tkwi magia Zafona - potrafi w znany nam świat tak wetkać to co niezwykłe i magiczne, że tworzy w ten sposób coś zupełnie nowego. Tak jakby w stary dobrze znany sweter wyszyć nowymi ściegami i to tak, że nikt nie zauważy co jest prawdziwym swetrem - tu prawdziwą Barceloną, a co ściegiem -co jest wymyślone.

Wprawdzia Marina etykietki ,,fantastyka" nie dostaje, ale nie mogę napisać, że jest to pierwsza na tym blogu opisywana książka bez elementów fantastycznych. Gdzież by tam!Zafon bez elementów fantastycznych?! To nie Zafon! No bo czyż mroczna i fascynująca postać Michala Kolvenika, którą rekonstruujemy powoli wraz z Oscarem i Mariną nie jest, jak to mądrze ktoś napisał na okładce współczesną wersją Frankensteina?  Świat pełen wykrzywionych stworzeń, wręcz mechanicznych zombie, ale też świat niewinnej miłości,  odwiecznego marzenia o wiecznym życiu..., a wszystko to w scenerii miasta moich marzeń - Barcelony. Słowem: Cudo! Jeden tylko zarzut: Za krótkie!

Ocena końcowa: 9/10

sobota, 5 stycznia 2013

6. George R. R. Martin - Taniec ze smokami cz. 2

Tytuł: Taniec ze smokami (A dance with dragons)
Seria: Pieśń Lodu i Ognia
Autor: George R. R. Martin
Rok wydania: 2012
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 757 w tym 683 samej treści ksiązki + dodatki

Tradycyjnie już na początek nieco o edycji, tłumaczeniu i tym podobnym aspektach. W kwestii tłumaczenia nie wypowiadam się. Mój angielski jest jak najbardziej komunikatywny i jak się postaram, to z drobną pomocą translatora przeczytam dostępny na stronie autora rozdział o Theoni z Winds of winter, ale z pewnością, nie zabrałabym się za czytanie oryginału. Mnnie osobiście tłumaczenie Michała Jakuszewskiego jakoś w oczy nie razi, ale słyszałam też opinie, że cała Saga jest tłumaczona dość marnie.

Nawet nie dość, a z pewnością bardzo marne są wydania sagi, a przynajmniej te utrzymywane w tym starym formacie - książek nieco większych niż rozmówki (jeśli chodzi o ich wysokość oczywiście). Te nowe wydania - z okładkami serialowymi są już dośc przyzwoite - miałam z nimi do czynienia w przypadku Gry o Tron, ale pozostałe.... cóż. Zacznijmy od tego co najbardziej oczywiste: każdy tom ma inną szatę graficzną. Jedynka niebieskawą okładkę, dwójka jest utrzymana w kolorze ciemnej królewskiej czerwieni, trójka niby też posiada czerwone okładki i nawet mogą się one kojarzyć z tą z dwójki (ale już grzbiety są inne),  ale już Uczta dla Wron - to jakiś kosmos - buroszara kolorystyka, na okładkach nie wiadomo jakie sceny. Taniec ze smokami - jak widać: utrzymany w konwencji wydań amerykańskich. Ja się pytam: nie można się było na takie od razu zdecydowac? Albo na rysowane okładki? Np. takie jak w Nawałnicy mieczy? Tam akurat były bardzo dobre! Ale, hola... Saga kuluje nie tylko pod względem niekonsekwencji w wyborze okładek. Marny jest też papier - bardzo cienki i łatwo się mnie. Jakby było mało tego - w Starciu królów i Tanncu ze Smokami również tak bardzo rozmazywał się tusz, że niekiedy zostawiało się smugi na pół strony. Jeszcze nie będę miałą litości dla Zysk-u (który umie zrobić bardzo dobre książki!). Na domiar złego w większości wydań reedytowanych jest mnóstwo literówek i drobnych błędów. Przy dziele o takim rozmachu, to normalne... ale cóż, widać, że wydawnictwo się spieszyło. Plusem są z pewnością dodatki z drzewami genealogicznymi i poręczny format, ale to tyle    - Edytorsko tak saga jak i Taniec dostają ledwo 5/10

Na szczęście wszystko to można znieść dla treści. Wprawdzie Taniec ze Smokami nie wgniata w fotel tak jak Nawałnica Mieczy  (jej drugą część uważam za absolutny wyraz geniuszu Martina, mogłabym tu laurkę tworzyć jeszcze na tysiące znaków), ale po nudnej Uczcie dla Wron jest to część naprawdę przyzwoita. Nieco zresztą lepsza od pierwszej połowy.  Jest to związane z tym, że po tym jak Martin w częsci trzeciej, mówiac kolkwialnie dorzucił do pieca, w czwartej części musiał nieco zwolnić. Przyznaję, że byłam wściekła, kiedy wzięłam do ręki Ucztę i się okazało, że nie w niej rozdziałów poświęconych: Jonowi, Daenerys, Tyrionowi, Aryi, Branowi czy Theonowi, którego lubić się wprawdzie nie da, ale jego wątek jest przecież bardzo interesujący.  W pierwszej części Tańca powracamy do bohaterów, których Martin porzucił w części trzeciej, ale z kolei brakuje tych z czwartej - wrednej Cersi, mojego ulubieńca - sir Davosa, Sama, Alayn Stone i kilku innych osób.  A w tej oto części mamy wreszcie nie tylko perspektywy postaci niewidocznych w całej czwartej części - jak np. Jona, ale także, w pewnym momencie akcja Tańca ze Smokami zrównuje się, a nawet wyprzedza Ucztę dla Wron - widzimy więc dalsze losy pozostawionej w bardzo złym momencie Cersei, mamy też króki rozdzialik o Jame;em, o Brienne. Jeszcze gdyby tylko chciał napisać coś o Davosie...

A gdzież tam, sądzę że Martin teraz nieco zwalnia akcję, by przysunąć niczym Hitchock w końcówce serii - mam tylko nadzieję, że ją dopisze, bo chyba bym umarła z ciekawości, gdyby pozostawiono mnie i miliony fanów na świecie w niepewności co dalej. Zostało przecież jeszcze tyle do wyjaśnienia, choćby tajemnicze zniknięcie Benjena Starka, rodowód Jona, to co się dzieje z Rickonem, jak skonczą się wątki jego rodzeństwa, wreszcie, kto zasiądzie na żelaznym tronie już po całej tej zawierusze. No i nie zapominajmu o moim ulubionym wątku - o Innych, wciąz nie jesteśmy pewni czy Jonowi i straży uda się pokonać odwiecznych wrogów. Pytań Martin postawił setki. Wątek każdej z postaci zakończył w takim momencie, że nic tylko zgrzytać ze złości zębami, bo już by się chciało wiedzieć więcej.
Martin, jak to Martin - ma potężny rozmach, niespożytą wyobraźnię, język szewca albo panny lekkich obyczajów. Kto pokochał poprzednie części, a Uczta dla Wron nie zmogła do na tyle, że zupełnie zniechęciła do reszty książek, może śmiało sięgać po Taniec ze smokami. Jest to porządnie napisane fantasy. Trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość: jest tu całe mnóstwo rozdziałów postaci mniej istotnych; np. Qentyna Martella czy  członków rodu Greyjoy.  Ten kto kibicuje Starkom - może być nieco zawiedziony - jest ich tu bardzo mało, ale trzeba przyznać, że nawet wątek Aryi, który jak dotąd sądziłam, był nieco na siłę ciągnięty, nabiera sensu i nieco ciekawszego wyrazu. Niecierpliwie czekam na Winds of winter i mam nadzieję, że będzie najlepszą częscią z całej serii, lub prawie najlepszą ( w koncu jeszcze zostanie siódma).

Podsumowując, ocena końcowa to: solidne 7/10.